82 wyświetleń
01. Kwakanie
Edward M. Urbanowski
Październik rozpoczął się od burzy. Pioruny waliły jak w czerwcu ale deszczyk już był jesienny. Drobniutki kapuśniaczek. Nim zdążył wyschnąć nadciągnęły czarne chmury nad Sejm. Okazało się, że partia miłująca prawo i sprawiedliwość, dla wyższych racji, czyli utrzymania się przy władzy, sprzeniewierzyła się głoszonym ideałom i rozpoczęła handel lukratywnych stołków wśród obcych sobie ludzi. Wybuchł skandal. Elity się obruszyły. Jakże to tak, byle komu posada wiceministra? Tysiące głosów, setki racji. Ale po kilku dniach okazało się, że właściwie to nić się nie stało. PiS miał prawo handlować stołkami. To nic, że był to handel pokątny, bazarowy. Wybaczono handlującym, bo bardziej nielubianą była kupująca. Dla zdezorientowanych obywateli zorganizowano w sobotę kilka wieców, tak by mogli sobie do woli pokrzyczeć. W poniedziałek już wszyscy byli zgodni, że nadeszła pora by wziąć się do pracy. Tym sposobem, mówiąc delikatnie, ta wielka śmierdząca kupa łajna została utylizowana. Znam wielu, co się zaklinają, że czują fiołki. Ja może mam katar, ale wciąż czuję smród.
Przed blisko 60 laty angielski pisarz George Orwell – autor, między innymi, „Folwarku zwierzęcego” – napisał, kpiąc sobie z dyktatury wyimaginowanej partii, znamienne słowa: „O ile bowiem w rozmowie o sprawach codziennych człowiek czasami musi się zastanowić przed wypowiedzeniem jakiejś kwestii, o tyle członek Partii powołany do wygłoszenia oceny natury politycznej lub etycznej powinien umieć wyrzucić z siebie właściwe opinie równie automatycznie, jak karabin maszynowy wystrzeliwuje kule”. Umiejętność tę u członków partii nazwał Orwell „kwakmową”, bo oznaczała mowę podobną do kwakania kaczki. W słowniku partii był to termin pozytywny, bo „kwakmowa” pozwalała bezkrytycznie wypowiadać racje rządzących, a obywatele mogli tylko w milczeniu wysłuchać kwakania. Trudno im było zresztą zrozumień kwakanie, nawet to powolne kwaaa, kwaaa a jeszcze aparat terroru studził ich zapędy lingwistyczne. W ostatnich dniach podobna sytuacja była w Polsce. Każdy, kto ośmielił się mieć inne zdanie albo rozumiał po swojemu handel stołkami, okrzyknięty zostawał agentem wiadomych służb albo też doszukiwano się jego powiązań z szarą strefą w gospodarce. Nowym elementem tej swoistej „kwakmowy” było znajdowanie u przeciwników związków z WSI.
Na naszym gruncie wołomińskim donośnie zakwakał jedynie Pan Paweł Solis. W udzielonym w „Wieściach” wywiadzie podał tyle faktów, dat, numerów pism i wyrecytował tyle cyfr, że trudno z tym dyskutować. Sprawia wrażenie, że jest to logicznie i przekonywująco ułożona wypowiedź. Nic, tylko przyklasnąć Panu Solisowi a jego adwersarzowi, czyli Jerzemu Mikulskiemu, pokazać język. Ale to tylko pierwsze wrażenie. W rzeczywistości, to tylko kwakmowa.
Kilka miesięcy temu zarzuciłem Panu Solisowi, że marnuje pieniądze na ogromne plakaty i listy do mieszkańców, przecież w to miejsce mógłby dofinansować wyjazd biednych dzieci na kolonie. Pan Solis zadał sobie wiele trudu by znaleźć pismo PKW, które – rzekomo – zabrania mu przekazywać środki na cele charytatywne. Zapomniał tylko wyjaśnić, że nikt mu nie każe wydawać całej, dopuszczonej przez prawo kwoty na kampanię wyborczą. Gdyby przeznaczył dla dzieci te skromne 25% to włos by mu z głowy nie spadł. Ale sobie kwaknął i lepiej mu.