95 wyświetleń
13. Polityczna lewicowa czerwona gorączka
Uff, jak gorąco. W ostatnich dniach to były najczęściej słyszane w Polsce słowa. Wydawało się, że wakacyjny luz na chwilę chociaż pozwoli nam wszystkim odetchnąć od politycznych emocji. Nic z tego, zrobiło się jeszcze bardziej gorąco, emocje rosną a język polskiej polityki gwałtownie się radykalizuje. Na razie mało jest słychać o własnych pomysłach na Polskę a dużo można usłyszeć zarzutów pod adresem wszelkiej konkurencji.
Starannie wystudiowane przez obóz Aleksandra Kwaśniewskiego wejście Cimoszewicza do prezydenckiego wyścigu zrobiło swoje. Jeden z filarów lewicowego obozu SLD, gra jak w komedii Moliera nową rolę opartą o przebieranki. Ma to być zapewne groteska pod tytułem „Poskramianie prawicy”. Bezpartyjny, pozapolityczny kandydat SLD ma być mężem opacznościowym całego narodu i obrońcą przed populizmem, demagogią i dyktaturą. Od dawna przecież dystansował się od Millera i Oleksego ale też i od politycznych harców baronów SLD. Tylko przez przypadek był wybierany posłem, premierem, ministrem a nawet marszałkiem z nominacji tej partii. Ostatnio nawet tylko wstyd i honor nie pozwalał mu opuścić jej tonącego okrętu. W tym scenariuszu Aleksander Kwaśniewski, wsparty Janikiem i Szmajdzińskim (w samodzielną rolę Oleiniczaka nie wierzą nawet SLD-owskie dzieci), krótką i tragiczną rolę króla Leara lewicy napisał dla Marka Borowskiego. Otóż były marszałek nie tylko powinien się wycofać, ale i przeprosić za dezercję
i samodzielność w lewicowym obozie. Nawet prawicowa widownia ubolewa nad losem Borowskiego i na tle Cimoszewicza zdaje się go wychwalać za odwagę, uczciwość w polityce, klarowność zachowań. Jak by tego jeszcze było mało, Cimoszewicz, lider sondaży, uznał że nie będzie robił kampanii i nie da się zaprosić na żadną debatę publiczną. Bo jak mówi Cimoszewicz, wszyscy widzą kim jestem i jakie mam poglądy. Znalazła się jednak grupa ludzi, która mimo wszystko chciała w trybie kodeksu karnego porozmawiać z kandydatem SLD. Marszałek przyszedł, a jakże, przylał komisji
i fortelem chciał się wykpić jak Onufry Zagłoba. Przy okazji zaś jego całe zaplecze polityczne jak jeden mąż poużalało się nad komisjami śledczymi. Takie do niczego, takie upolitycznione, że nawet wytrawni SLD-owcy nie chcą już w nich pracować. Marszałek zakpił z Sejmu, którego komisja jest organem, i wyszedł przypadkiem o dobrej porze na zwołaną konferencję prasową. Tam raz jeszcze przyłożył tym, którzy mieli zamiar zadawać mu pytania, komisyjnych posłów przyrównał do sikających piesków i ogłosił że czas do lasu. Narodziła się więc w SLD nowa świecka tradycja, że łatwiej w lesie z żubrami, niż w Sejmie z posłami, łapie kontakt marszałek. Wielu posłów, zapewne od tego wydarzenia, po wypowiedzi Cimoszewicza, będzie mawiało „poseł to ma pieskie życie”.
Działo się zaś już to w czasie gdy, leśniczy ogłaszali zakaz wchodzenia do kniei. Przebił więc Cimoszewicz na starcie swojej kampanii prezydenckiej premiera Marka Belkę, który parę tygodni temu w Sejmie wezwał wszystkich do roboty i zaczął szukać pracy przede wszystkim dla siebie. Otóż pan premier nie wzmocni już Partii Demokratycznej, bo cóż miałby niby robić jako członek opozycji – pewnie – pozaparlamentarnej. Woli wrócić do roli ekonomicznego eksperta, najlepiej gdzieś za granicą. Uwaga panie premierze, tam nie płacą za ustne, jak było przy PZU, ekspertyzy i doradztwo.
Wszystko to tak mocno rozsierdziło tracący w sondażu prezydenckim i podzielony obóz prawicowy, że tym razem Ludwik Dorn wezwał, za klasykami rewolucji bolszewickiej, do szukania wroga tylko w jednym miejscu. Nie ma wroga na prawicy a może w centrum też się nie ukrył! W auli Politechniki na wiecu PiS pojawiła się też nowa lalka Barbie, ponoć podobna do Cimoszewicza. Widać wyraźnie, że nie tylko SLD, ale i PiS z PO z drugiej strony, chcą rozegrać nie tylko prezydenckie starcie jak walkę między Solidarnością a PZPR w 1989 roku. Wołam więc „Panowie to starcie już rozstrzygnęliśmy. Wygrała Polska reprezentowana w 1980, 1981 i 1989 przez Solidarność”. Dopiero by było, jakby w corocznej bitwie pod Grunwaldem Krzyżacy wygrali. Nie ma takiej narodowej potrzeby, aby jeszcze raz to historyczne starcie odbyć. Ludzie, nie dajcie się nabrać, bo znowu ino sznur nam się ostanie – ten od złotego rogu. Trzeba nam poważnej debaty o Polsce w świecie i Europie, o ustroju, sądownictwie i gospodarce, w końcu o nas samych. Bo trzeba codziennie przecież przekraczać próg nadziei. W 25 rocznicę powstania Solidarności warto pomyśleć o naszym państwie, o szesnastu latach demokracji, o wolności i jej granicach, o tym co każdy z nas przez te lata robił i jak korzystał z owoców wolności. Nie zastąpi tej refleksji znęcanie się nad politycznym przeciwnikiem. W tej politycznej gorączce wspomnijmy dzieło Jana Pawła II i jego wołanie o prawdę, o wartości w życiu publicznym i w nas samych.