Kategoria Aktualności, Archiwum, Felietony, Nr 259, 9 lutego 2012 (9 lutego 2012).
169 wyświetleń

Michał Zgutka (reszort.pl): Trzeba mieć zdrowie, żeby chorować w Wołominie

Stało się, jak się stało – musiałem z moją lubą niespodziewanie udać się do lekarza. W zupełnym zaskoczeniu, bez wszelkich poza dowodem osobistym i dokumentami od samochodu papierków, bez zaświadczeń, skierowań czy ubezpieczeń, o potężnej gotówce nie mówiąc, zmuszeni byliśmy dotrzeć do pomocy lekarskiej. Bez większego – niestety – zastanowienia obraliśmy kierunek na wołomiński szpital. Sytuacja była dość pilna. Na parkingu i chodnikach lód, nogi można potracić, tyłki stłuc. Ale nic to – wyprowadzam lubą z samochodu i pod ramię prowadzę w stronę izby przyjęć. Drzwi się otwierają, wchodzimy. I zaczyna się.

– Ta, ta, do internisty, do trzydziestki – słyszę w odpowiedzi na moją relację zajścia poprzedzoną pytaniem: „co tam żonce się stało?”. Jak „ta”, to „ta”, myślę. Wszak pani w okienku, choć wyraźnie nieprzejęta powoli ogarniającą mnie paniką ani przelewającą się w rękach chorą, musi wiedzieć, co i jak. Prowadzę więc lubą pod trzydziestkę. Tam – kilkoro chorych, z których nikt ani internisty, ani też trzydziestki ponoć odwiedzać nie zamierza. Oddycham z ulgą; bez kolejki, szybko, sprawnie, no – myślę – Europa.

Pukam w rozsuwane drzwi do trzydziestki. Kultura jakoś mi nieobca, ale widząc ledwo zipiącą „żonkę”, nie czekam na reakcję i uchylam drzwi. Samotna w sali pani wita mnie surowym „proszę wyjść, wejść tylko na wezwanie!”. No dobra, myślę, może i rzeczywiście powinienem był się wstrzymać. Czekam. Mija nieznośnie długich parę chwil, jak do trzydziestki wchodzi przybyły dopiero ratownik medyczny. Nie dosuwa drzwi. Po korytarzu rozchodzi się jego śmiech i wtórujący mu, kobiecy chichot. Śmiechy śmiechami, ale ukochana mi tutaj odlatuje. Robię więc drugie podejście.

„Tu się wchodzi tylko na wezwanie!” – słyszę. Gryzę się w język, wychodzę. Siadam przy lubej. Tak mijają dobre trzy kwadranse – przez trzydziestkę przewija się masa osób: nie najgorzej wyglądający pacjenci, którzy z panią podejrzanie swobodnie na „ty” przechodzą, znudzeni pielęgniarze, dwóch panów doktorów uparcie konkurujących w rozmowach przez telefon czy w końcu kilka pań łudząco przypominających typowe lekarki. Pod trzydziestką zaczyna też być tłoczno: poza nami pan na wózku inwalidzkim, kaszlący przeraźliwie i z trudem łapiący oddech, starsza pani o papierowym odcieniu skóry, pan skrywający cieknącą spod wenflonu kroplę krwi czy w końcu przywieziony dopiero co zmarznięty bezdomny. Bezdomny, którego jeden z pilnujących ratowników najchętniej by umieścił, o czym bez skrępowania mówi koledze, w najbrudniejszej sali, jaką by tu tylko znaleźć.

W końcu, po bodaj czterech czy pięciu próbach, udaje mi się kogoś zagadać. Łysy doktor, solennie pozdrowiwszy siostrę przez telefon, pyta mnie o skierowanie. Odpowiadam, że nie mam, że pani z rejestracji kazała mi przyjść tu. No to ja panu – odpowiada doktorek – każę iść do enpeelu. Do en pe czego? – pytam. No Nocna Pomoc Lekarska, tam proszę iść. Dopiero po uwadze koleżanki podpowiada, że w zasadzie to lepiej tam podjechać. On nic więcej zrobić nie może.

Tyle dowiaduję się po bitej godzinie.

Dziś bez puenty. Żadna, nawet i najbardziej przychylna redakcja, zakończenia tekstu takiego, jakie mi na myśl przychodzi, do druku nie puści. To tyle, dziękuję.