Wciąż jest „Szansa”

Wystąpienie wychowanków T.R.A.D. Szansa podczas ostatniej sesji Rady Miejskiej w Wołominie wzbudziło wielkie emocje i zainicjowało gorące dyskusje na temat działalności świetlicy środowiskowej zlokalizowanej przy ulicy 6-go Września. Dotychczas niewiele było o niej mowy w mediach… O początkach działalności świetlicy opowiada Barbara Stasiszyn, prezes Towarzystwa Rozwoju Aktywności Dzieci „Szansa” (T.R.A.D. „Szansa”).

– Zacznijmy od ciebie – jak trafiłaś do pracy z dziećmi?

– Zaczynałam swoją pracę zawodową w pracowni konserwacji zabytków, ale z czasem zaczęłam szukać jakiejś pracy na miejscu, w Wołominie. Koleżanka namówiła mnie do spróbowania swoich sił w Ośrodku Pomocy Społecznej – wtedy nie zdawałam sobie nawet sprawy z istnienia OPS-u… Był listopad – od stycznia poszłam do Studium Medycznego na wydział pracy socjalnej, to wtedy była jedyna szkoła przygotowująca do takiej pracy. Po uzyskaniu dyplomu pracownika socjalnego rozpoczęłam naukę w Studium Readaptacji Rodziny prowadzonym przez Towarzystwo Psychoprofilaktyczne, gdzie ukończyłam trzy etapy nauki, dające certyfikaty socjoterapii, psychokorekty i psychoprofilaktyki oraz terapii uzależnień. Wciągnęło mnie to od razu – czułam, że właśnie to powinnam w życiu robić.

– A kiedy powstało Towarzystwo?

– „Szansa” powstała na przełomie lat 80. i 90. na terenie Uniwersytetu Warszawskiego. Powołała ją grupa specjalistów, pracowników naukowych, dyrektorów domów dziecka. Intencją jej twórców było zapobieganie umieszczania dzieci w domach dziecka, co było na tamte czasy bardzo awangardowe. Chodziło o pracę z dzieckiem w jego środowisku, z jego rodziną, w jego miejscu zamieszkania, bez zabierania młodego człowieka do zewnętrznych placówek. Kiedy pracowałam jeszcze w Ośrodku Pomocy Społecznej przyjechał do nas kiedyś Jarek Pleta, jeden ze współzałożycieli „Szansy” – rozmawiał z kilkoma pracownikami, uznał że akurat ze mną mu „po drodze”, że mamy podobne spostrzeżenia i pomysły. Zastanawialiśmy się, jak wdrożyć taki system pracy w Wołominie i zaczęliśmy badać lokalny rynek: rozmawialiśmy z przedstawicielami sądu, policji, szkół, szukaliśmy miejsca na działalność, które byłoby blisko zagrożeń: przemocy wewnątrzrodzinnej, przestępczości nieletnich, wszelkich niepożądanych zjawisk, które mają wpływ na dzieci. Wszystko wskazywało na okolice wołomińskiego „trójkąta bermudzkiego”, ale nie mieliśmy tam punktu zaczepienia i przez pierwsze trzy lata pracowaliśmy na osiedlu Hibnera, dziś – Niepodległości.

– Odważne założenia i niekonwencjonalne metody…

– Rozpoczęliśmy pracę której głównym założeniem było to, że gospodarzami w świetlicy są dzieciaki. Terapeuci, wychowawcy, opiekunowie to tylko dodatek do miejsca, w którym przebywają. My im tylko pomagamy na tyle, na ile one same wyrażą zgodę i zechcą współpracować, bez narzucania przez nas czegokolwiek. Z założenia nie było ścisłych ram działania, regulaminów, zakazów i nakazów, dziecko było podmiotem naszych działań i pracy. Dawaliśmy tym młodym ludziom możliwości wyboru – jeśli wybierali dobrze, to dalej wszystko szło jak z płatka.

– W końcu jednak trafiliście do „trójkąta bermudzkiego”?

– Po trzech latach, siedemnaście lat temu z osiedla przenieśliśmy się na ulicę Szóstego Września. Początkowo nie bardzo nas tam akceptowano, ale stopniowo to się zmieniało. Pracowaliśmy na ulicy, przy klubie, w klubie, w mieszkaniach dzieciaków. Nie było ścisłych ram ani godzin pracy, to nie instytucja, naszym celem nie było wypełnianie tabelek i pisanie sprawozdań, tylko pomoc dzieciom – dla nich tam byliśmy przez ostatnich siedemnaście lat. One nie mają łatwo – wokół nich wszystko nieustająco się zmienia, w ich życiu, w ich rodzinach. Nie mają nic stałego, bo często zmieniają się ich relacje, sytuacja finansowa, to prawdziwa emocjonalna huśtawka. Świetlica „Szansy” była jedyną stałą pozycją w ich życiu, swoistym punktem odniesienia – to dlatego nasi wychowankowie wracają do nas nawet po wielu latach, zostają wolontariuszami, czasem terapeutami, wspierają nas swoją pracą. Wiedzą też, że mogą tu przyjść z każdym swoim problemem, że zawsze mamy dla nich otwarte drzwi.

– Jakie są efekty waszej pracy?

– Nasi wychowankowie uczą się tu przede wszystkim współpracy – muszą pójść na kompromisy, podzielić zadania, pomagać sobie tak, aby tworzyć swoje miejsce i środowisko. Szybko sami zaczęli tworzyć zasady i pilnować, aby były przestrzegane – było tak na przykład w momencie, kiedy wśród wychowanków pojawiło się zagrożenie narkomanią.

– Co dalej? Tracicie lokal?

– No cóż, Szansa wciąż istnieje. Prowadzenie świetlic dla dzieci to nie jedyna forma naszej działalności: prowadzimy w całej Polsce szkolenia dla grup zawodowych związanych z sektorem pomocowym. Za tydzień w Wołominie Stowarzyszenie Szansa rozpoczyna cykl szkoleń, na które przyjadą terapeuci, pracownicy socjalni, psychologowie z różnych miejsc w kraju. Jesteśmy i działamy dalej również w skali lokalnej, nasi specjaliści w pierwszym półroczu tego roku prowadzili na terenie Wołomina zajęcia z neuroterapii. W październiku zakończyliśmy realizację programu „decyzJA” w czterech wołomińskich szkołach, finansowanego z funduszy publicznych-zewnętrznych. Istnieje realne zagrożenie że będziemy musieli zmienić lokal. Jego utrata znacznie utrudniłaby nam pracę w środowisku. Sprawa ta jest jeszcze w trakcie negocjacji.

Rozmawiał Łukasz Rygało

Komentarze

komentarzy

Jedno przemyślenie nt. „Wciąż jest „Szansa”

Możliwość komentowania jest wyłączona.