62 wyświetleń
14. Euroentuzjaści kombinują!
Po przystąpieniu do Unii wszystko miało być inaczej. Optymizm jej sympatyków widoczny był wszędzie. Gospodarka rozwijała się dynamicznie, a sielankowy obraz zakłócali jedynie malkontenci przewidujący totalny wzrost cen niemal wszystkiego. Po roku okazało się, że rzeczywistość nie wykroczyła poza ramy normalności. Ceny co prawda wzrosły, ale nie na tyle ile przewidywali pesymiści i ogólnie zrobiło się „szaro”
Hasło „Nicea albo śmierć” miało podgrzać atmosferę, lecz nie wytrzymało próby czasu, a wielka rzeka pieniędzy jaka miała popłynąć do kraju po naszym przystąpieniu do Unii okazała się strumyczkiem, na dodatek, okresowo wysychającym.
Pamiętamy czas wyborów samorządowych, kiedy kandydaci do władzy prześcigali się w obiecywaniu unijnych pieniędzy i przedstawianiu swoich umiejętności „w temacie” ich załatwienia. Rozpowiadali na prawo i lewo o swoich możliwościach oraz znajomościach, które miały być powyższego gwarantem. Nie udało się.
Na przykładzie naszych gmin widać, że pozyskanie funduszy unijnych nie należy do najprostszych działań, a bariery biurokratyczne są często nie do pokonania. Propaganda unijna a rzeczywistość, mają się do siebie jak przysłowiowa pięść do oka. W batalii o tzw. „eurokonstytucję” bez trudu dają się zauważyć objawy manipulacji. Na początku tej walki wmawiano nam, że do zafunkcjonowania Konstytucji konieczna jest ratyfikacja przez wszystkie kraje unijne, a po odrzuceniu jej przez Francję i Holandię natychmiast okazało się, że tylko zgodny sprzeciw aż pięciu krajów może przeszkodzić jej (Konstytucji) panowaniu.
Znalazło to odzew w naszym kraju, gdzie tylko lewica licząc na jakieś unijne profity prowadzi dalej kampanię referendalną pod hasłem „wyciągnij dłoń po swoje pieniądze”, a dowodem są liczne plakaty rozwieszone w naszym mieście (najwięcej ich było na trasie, którą miała przejść procesja w Boże Ciało) i sygnowane przez wołomińską lewicę.
Wyciąganie dłoni po swoje pieniądze nie świadczy o gospodarności, bo zawsze lepiej samemu decydować o swoich finansach niż korzystać z pośrednika, który kombinuje jakie wymyślić bariery, żeby oddać jak najmniej pieniędzy, a jak najwięcej na tym skorzystać.
Przy okazji kampanii „eurokonstytucyjnej” dowiedzieliśmy się, że tekst tego dokumentu jest znany nielicznym, a poprawnie przetłumaczony dostępny jest zaledwie od paru tygodni. W dyskusjach umknął ciekawy głos lewicowego (!) konstytucjonalisty prof. St. Gebethnera. Wg jego opinii używanie terminu eurokonstytucja jest niepoprawne gdyż „…. jest to hasło dziennikarskie, ale podrzucone przez polityków. …..To jest umowa międzynarodowa o ustroju organizacji międzynarodowej, która ..do tej pory była taką organizacją trzech w jednym: Wspólnota Europejska, Unia Europejska, Euratom. …Ten traktat miał uprościć strukturę,
i ustrój tej międzynarodowej organizacji, ale federaliści, to znaczy tacy, którzy chcieliby jak najszybciej z UE zrobić federacje domagali się kontynuowania takiej tradycji, że pewnymi faktami dokonanymi tworzy się jakąś instytucję. Parlament Europejski sam sobie nadał swą nazwę. ….
…a…… Europejski Trybunał Sprawiedliwości usiłuje być Trybunałem Konstytucyjnym.”