Aleksandra Olczyk: „Jestem za życiem”

aleksandra olczyk

Jakże pięknie i szlachetnie brzmią powyższe słowa połączone w jeden logiczny ciąg.
Jestem za życiem” więc chronię je niezależnie od wyznawanej religii, narodowości, koloru skóry, poglądów politycznych czy preferencji seksualnych osoby, której życie lub zdrowie jest zagrożone.
Tak rozumiem to zdanie, które ostatnimi czasu coraz częściej przewija się w publicznej dyskusji.

Mam jednak chyba bardzo poważny problem z semantyką, bo nie potrafię zrozumieć tych, którzy ze słowami „jestem za życiem” na ustach, plują, przysłowiowym jadem, na organizacje i ludzi ratujących życie.
Mieliśmy to okazję zaobserwować choćby podczas niedawnego  finału Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy. Ileż krzywdzących słów przewinęło się przez krajowe media pod adresem Fundacji Jurka Owsiaka i wolontariuszy. Ileż osób, które tak chętnie deklarują „jestem za życiem” z niechęcią odnosiło się do kwestujących dzieci i młodzieży, przeganiając zmarzniętych wolontariuszy z miejsc w których stali.
A przecież oni kwestowali na zakup sprzętu ratującego życie.
To właśnie oni byli w tym momencie najbardziej uprawnieni do tego, aby głośno powiedzieć „jestem za życiem”. Czy tak trudno było wesprzeć ich, jeśli nie drobnym datkami, to choćby dobrym słowem czy uśmiechem? Okazać odrobinę zwykłej ludzkiej serdeczności? Przecież ludzka życzliwość, pomimo że jest bezcenna, nic nie kosztuje, naprawdę nic!.
Gdzież tu logika? Gdzie sens?
Może ktoś z szanownych Czytelników mi wytłumaczy – jak można mówić o sobie „jestem za życiem”, kiedy jest się tak skrajnie znieczulonym na drugiego człowieka?

Pozwolę sobie w tym miejscu zadać jeszcze jedno  – nietaktowne być może – pytanie. Ileż z tych osób, które tak gorliwie głoszą „jestem za życiem” zrobiło cokolwiek oprócz składania pięknie brzmiących deklaracji?
Jaki procent z nich potrafi, w sytuacji zagrożenia zdrowia lub życia, udzielić pierwszej pomocy przedmedcznej?  Ilu bezinteresownie angażuje się w pomoc, na przykład w hospicjach czy domach opieki, poświęcając swój czas i wysiłek lub wspierając te placówki finansowo?

Nie wątpię, że wśród głosicieli hasła „jestem za życiem” znajdą się tacy ludzie i szczerze, z ogromnym podziwem i szacunkiem, chylę przed nimi czoła, bo w moim przekonaniu w pełni na to zasługują. Chciałabym, aby było ich jak najwięcej. Śmiem jednak przypuszczać, że stanowią oni niewielki procent.

Czyżby więc te szlachetne deklaracje w większości przypadków były tylko na pokaz? A może to jedynie przejaw hipokryzji? Może bliższe prawdy byłoby stwierdzenie „jestem za życiem wtedy, gdy nie wymaga to ode mnie żadnego poświęcenia, żadnego wysiłku”.
Przypomina mi się w tym miejscu stare powiedzenie „diabeł ubrał się w ornat i ogonem na mszę dzwoni

Komentarze

komentarzy

3 przemyślenia nt. „Aleksandra Olczyk: „Jestem za życiem”

  1. …A więc: poznacie ich po ich owocach” (Mt 7,15–20; zob. też Łk 6,43–45).

    A owocem akcji Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy jest sprzęt ratujący ludzkie życie, co zresztą podkreślił p. Terlikowski w przytoczonym przez Pana/ Panią Tr artykule:
    rzeczywiście sprzęt, który zapewnia WOŚP ratuje życie, a także umożliwia pomoc nawet dzieciom nienarodzonym

    To czy osoby wspierające WOŚP mają takie lub inne poglądy społeczne, polityczne, religijne jest w tym przypadku kwestią drugorzędną. Ważnym jest, że dzięki temu sprzętowi ratowane jest ludzkie życie. Ważnym jest także lekcja dla młodego pokolenia, które uczy się bezinteresownie pomagać. Ważnym jest zaangażowanie tysięcy ludzi, których podczas finału jednoczy jeden cel i którzy bez względu na swój światopogląd mogą z czystym sumieniem powiedzieć „jestem za życiem”

    Pozwolę sobie zadać pytanie – co jest istotniejsze – słowne deklaracja czy realne zaangażowanie ogromnej rzeszy ludzi, które skutkuje doposażeniem szpitali w sprzęt ratujący życie?

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.