Ja i moja choroba

Moja choroba rozpoczęła się w roku 2005, gdy przestałam rozumieć świat wokół siebie. Zaniedbałam higienę osobistą (nosiłam spodnie za duże o 2 rozmiary), miałam napady niekontrolowanego śmiechu, mówiłam sama do siebie, przestałam dogadywać się ze znajomymi (później zerwałam z nimi kontakt), mimo godzin spędzanych nad książkami niewiele zapamiętywałam z powodu problemów z koncentracją.

 

Rzutem na taśmę zdałam maturę i rozpoczęłam studia na wydziale polonistyki UW. Na ten okres przypadają pierwsze okaleczenia oraz objawy negatywne* schizofrenii, tj. izolacja od otoczenia, apatia oraz zaburzenia funkcji poznawczych czyli dezorganizacja zachowania* oraz formalne zaburzenia myślenia* a także myśli samobójcze. W roku 2006, na wiosnę, przerwałam studia. Powodem było moje przekonanie, iż ktoś włamał się na mój komputer i ukradł dziennik, w którym były kompromitujące rzeczy o mnie, m.in. dotyczące urojeń, grzeszności i winy*. Byłam też pewna, że mam w domu podsłuch. Pojechałam nawet do pewnej firmy i wypożyczyłam urządzenie do wykrywania nadajników podsłuchowych, które nic nie wykryło. Doszłam więc do wniosku, że jest to podsłuch zdalnie sterowany oraz, że osoba, która mnie podsłuchuje wie kiedy włączam to urządzenie. Z tego powodu zrezygnowałam ze studiów. Po odejściu z uczelni odbyłam 7 sesji terapeutycznych w Instytucie Psychologii Zdrowia PTP na ul. Olbrachta oraz odwiedziłam 5 różnych Poradni Zdrowia Psychicznego. Leczenie przerwałam, gdy straciłam zaufanie do terapeutki – cały czas miałam wrażenie, że ktoś mnie śledzi oraz, że w każdym gabinecie pokazuje mój dziennik. Następnie, do wiosny 2007 roku, pracowałam w 6 miejscach. Z pracy odchodziłam z tych samych powodów. W październiku 2006 roku podjęłam też studia na wydziale europeistyki WSPiZ. Były to studia zaoczne, które przerwałam, gdyż byłam pewna, że z powodu mojej przeszłości nikt nie chce ze mną studiować. Wtedy też pojawiły się pierwsze objawy psychotyczne, tj. lęki przed tłumem i zamkniętymi przestrzeniami oraz w pracy, przed kamerami. Zimą zobojętnienie emocjonalne znacznie się nasiliło, pamiętam też, że mimo dużego mrozu nie czułam niskich temperatur. Wiosną 2007 roku przeszłam ciężki epizod depresyjny połączony z przekonaniem o rychłym końcu świata i czekającej mnie karze wiecznego potępienia. Trwał on około 2 tygodni i towarzyszyły mu omamy węchowe*. Mimo zaawansowanych objawów psychotycznych po raz 4 podjęłam pracę przy wprowadzaniu danych, gdzie przepracowałam zaledwie kilka dni, a także w firmie kurierskiej, również około tygodnia. Na sugestie rodziny, że być może powinnam szukać pomocy w szpitalu psychiatrycznym reagowałam agresją i złością. Uważałam, że chcą mnie ubezwłasnowolnić i spiskują przeciwko mnie. Latem 2007 roku wyjechałam na wakacje, jednak nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że ktoś mnie śledzi oraz, że w spisek jest zaangażowany nawet właściciel pensjonatu, w którym mieszkałam. Krótko po powrocie, w sierpniu odkryłam, że w rozmowie uczestniczy cała dzielnica oraz, że nieznani ludzie zbierają podpisy aby mnie wyeksmitować, mimo, iż mieszkam z rodzicami. Ludzie zwracali na mnie uwagę, gdy wychodziłam na ulicę, śmiali się i szydzili ze mnie, wytykali mnie palcami z powodu mojego dziennika. Był to okres wzmożonej religijności. Do kościoła chodziłam codziennie. Granice mojego świata zwęziły się gwałtownie, bałam się wychodzić z domu, nie włączałam telewizora ani radia, gdyż byłam pewna, że audycje dotyczą mnie osobiście. Paniczny lęk wzbudzali ludzie przechodzący ulicę pod moim domem. Gdy próbowałam wytłumaczyć rodzicom, że muszę wyjechać do innego miasta, gdyż w tej dzielnicy nie ma dla mnie życia, zaczęli szukać pomocy u lekarza pierwszego kontaktu, który przepisał mi tabletki przeciwdepresyjne Effectin, które po połączeniu z lekiem nasennym Dormicum połknęłam 15 września 2007 roku z zamiarem popełnienia samobójstwa. 2 dni leżałam na oddziale detoksykacyjnym Szpitala Praskiego, po czym 17 września trafiłam do szpitala ,,Drewnica’’. Doświadczenie szpitala psychiatrycznego było jednym z najbardziej traumatycznych a jednocześnie wpływowych w moim życiu. Zgodnie z twierdzeniem prof. Kępińskiego, że psychoza jest czymś ponad siły człowieka.

Jesień

Na oddział dzienny trafiłam 17 września, po dwóch dniach spędzonych na detoksie w Szpitalu Praskim. Oszołomiona, ze świeżymi ranami po okaleczeniach. Z pierwszego dnia zapamiętałam jedynie brudne schody. Jeszcze nie wiedziałam na co jestem chora, paranoidalne twory szturmowały moją świadomość, wiedziałam tylko, że jeśli nie chcę rozbić się na milion drobnych kawałków, muszę się szybko odnaleźć w tej nowej sytuacji. Nie przypuszczałam jedynie, że jeden tydzień zamieni się w pięć długich miesięcy. Tym, co wyznaczało moją pozycję w czasoprzestrzeni były przedmioty: od samego początku zegar – długie sekundy przechodzące w długie minuty zamienione w jeszcze dłuższe godziny. Od posiłku do posiłku. Książka, gdy tylko z trudem przekonałam siebie, że czytanie nie jest częścią schematu: czyta – może skupić uwagę – trzeba ją wypisać w świat, przed którym schowałam się do małej fiolki pełnej niebieskich tabletek. Białe stalowe łóżko, odrapane, z zapadającym się materacem. I wciąż nowe sale. Malutkie pudełeczko po soczewkach kontaktowych- lśniący dotyk Ameryki – do którego chowałam czasem tabletki. Otoczona tymi przedmiotami, niczym planeta swoimi księżycami, otulona nimi drgnęłam czasem niby na słaby dźwięk mojego imienia. Z drugiej strony były natręctwa, lęki, przed którymi nie było ucieczki. Paranoje. Dziesiątki razy sprawdzałam czy mogę jeszcze przejść na drugą stronę do automatu telefonicznego. Gdy nie dostałam zgody wpadałam w czarną dziurę rozpaczy o kanciastych krawędziach. Tłukłam lusterka, których i tak nie powinnam była mieć. Ludzie, tak ludzie, byli po drugiej stronie. Mało wyraziste elementy spisku. Dopiero później zdałam sobie sprawę ile cennych znajomości być może straciłam. Czasem byłam jak człowiek Orwella – zdolny do wyznawania dwóch, a nawet kilku prawd jednocześnie. Może się zaprzyjaźnię? A jeśli mnie śledzi, jeśli jest tutaj z mojego powodu? Będę udawać, że tego nie wiem. Ale będę o tym pamiętać.

Zima

13. XII ,,Uroiło mi się, że jestem. To nic, coś mi się uroiło. Przerażająca samotność.’’ 15. XII ,, Coś mnie uniosło w dal i porzuciło. Wszystko jest przesycone melancholią i smutkiem. W nocy męczą mnie koszmary, w dzień myśli samobójcze. Jest jedna dobra rzecz – wizyta mojej matki. Będę udawała, że czuję się dobrze, żeby jej nie martwić. To jedno z moich noworocznych postanowień… Wieczorem poczułam się trochę lepiej, tzn. pojawiło się we mnie silne postanowienie, aby wyzdrowieć. Czuję się dziwnie, jakby coś mi się zmieniało w głowie.’’ 19 XII ,,Ja i moja schizofrenia. Tylko tyle mamy sobie do powiedzenia. Mnóstwo twarzy, rąk, odgłosów. Tyle obcych twarzy. Słuchawek odłożonych po 22.00. Emocjonalny depozyt…

Jestem wolna

Trzeci miesiąc mojego pobytu w szpitalu. Trzeba liczyć, żeby nie stracić rachuby. Po włączeniu do terapii Serdolectu uzyskano znaczną redukcję doznań psychotycznych. A ja czuję się dziwnie zagubiona. Wszystkie znajome kąty jakby obce, żółty korytarz odstrasza dosłownością świątecznych ozdób, depresja się nasila. I wciąż narastające wrażenie bezcelowości. Zupełnie jak żywot bohaterów powieści Stasiuka. Penetracja nicości. Cały styczeń jeszcze w jej szponach.

Wiosna

Oddział rehabilitacji. Na początku nerwowo i trochę nieufnie. Bo z jednej strony przestałam już wierzyć, że kiedykolwiek wydostanę się z oddziału zamkniętego, a z drugiej byłam ciekawa zajęć terapeutycznych. Psychorysunek, wycieczki, terapia, psychoedukacja – to wszystko stopniowo układało się w małe cegiełki w mojej psychice. Zmiany były tylko kosmetyczne, ale jednak każda z nich osobno miała fundamentalny wpływ na pozostałe. Rehabilitacja jest świetnym uzupełnieniem oddziału zamkniętego, na którym często brakuje czasu na zwykłą rozmowę z lekarzem. To właśnie rehabilitacja pozwala spojrzeć z szerszej perspektywy na swoją chorobę, nabrać do niej dystansu, zaczerpnąć w płuca trochę tlenu. Są osoby, których nauczy regularnego wstawania, systematycznego brania leków, sprzątania po sobie, itp. Ja osobiście dowiedziałam się więcej o schizofrenii, uporządkowałam wiedzę, którą zdobyłam rozmawiając z pacjentami oddziału zamkniętego. Pierwszą rzeczą, na którą zwróciłam uwagę po przybyciu na oddział IV A były zasady. Początkowo postrzegane jako lekko przesadzony zbiór nakazów i zakazów, potem jednak dostrzegłam w tym głębszy sens. Zakaz jedzenia śniadania i oglądania telewizji w piżamie, zakaz przebywania mężczyzn w damskich salach, obowiązkowe uczestnictwo w zebraniach – to wszystko ma uczyć szacunku do siebie nawzajem oraz pewnego rodzaju wewnętrznego uporządkowania i dyscypliny. Ma więc sens. Nie można też zapomnieć o ludziach, których poznałam. Wolne wyjścia* służą zacieśnianiu znajomości, a z doświadczenia wiadomo, że przyjaźnie zawarte w trudnych warunkach przetrwają na długo.

Artykuł powstał w ramach Kampanii informacyjnej – „Zmień perspektywę”. Kampania informacyjna – „Zmień perspektywę” realizowana jest w ramach projektu organizowanego przez Stowarzyszenie „Empatia” we współpracy z Mazowieckim Centrum Polityki Społecznej, finansowany ze środków PFRON.

Celem kampanii jest przeciwdziałanie dyskryminacji i stygmatyzacji osób cierpiących z powodu zaburzeń psychicznych. Panujące stereotypy na temat osób chorujących psychicznie oraz brak zrozumienia zachowań – niekiedy dziwacznych – powodują stygmatyzację i wykluczenie osób cierpiących z powodu zaburzeń psychicznych wśród społeczności lokalnej, a także lęk u samego chorego.

 W portalu prezentujemy cykl artykułów, które opisują przeżycia chorego, jego rodziny oraz specjalisty wyjaśniające omawiany problem.

 

Komentarze

komentarzy