Kij w mrowisko wykluczenia transportowego. Czy medialna burza posła Łąckiego obnażyła dramat milionów Polaków?

Wykluczenie transportowe to nie jest abstrakcyjne pojęcie z podręczników socjologii – to brutalna polska rzeczywistość, która bezpośrednio generuje bezrobocie, ponieważ brak stabilnego dojazdu odcina ludzi od dynamicznych rynków pracy. To także drastyczna blokada edukacyjna, zabierająca młodzieży szanse na naukę w lepszych szkołach i na uczelniach. To wreszcie systemowa marginalizacja całych gmin i miejscowości, które dla zewnętrznych inwestorów stają się „białymi plamami” na mapie. Właśnie w to mrowisko świadomie włożył kij poseł Artur Łącki.

Internetowa wrzawa wokół odwołanego lotu zachodniopomorskiego parlamentarzysty pokazuje, że pod płaszczykiem partyjnych złośliwości i zarzutów o „oderwanie od realiów” kryje się fundamentalny problem całego kraju. Kiedy jeden z majętniejszych posłów obecnej kadencji Sejmu publicznie narzeka na odwołany rejs LOT-u, sieć reaguje instynktownie. Jednak pod tą warstwą emocji kryje się drugie dno. Wszystko wskazuje na to, że polityk z premedytacją wykorzystał swój status i zasięgi, by wywołać ogólnokrajową dyskusję o komunikacyjnej zapaści polskich regionów. Gdyby o odcięciu od świata mniejszych miast mówiono tradycyjnym, nudnym językiem debat, informacja ta zginęłaby w szumie medialnym. Potrzebny był silny impuls. A ten zadziałał bezbłędnie.

Regiony zakładnikami centrali i kaprysów przewoźników

Uderzając w stół z pozycji wściekłego pasażera, poseł Łącki wywołał kontrolowany kryzys, który przeniósł regionalny dramat na czołówki ogólnokrajowych mediów. Dla samego parlamentarzysty walka z tym zjawiskiem to zresztą nie nowość – od lat składa oficjalne interpelacje w sprawie rozbudowy i stabilności siatki połączeń kolejowych czy lotniczych. Ponieważ jednak urzędowe pisma często grzęzną w warszawskich szufladach, zdecydował się na ostrzejszy krok. Sam jasno wskazuje na swoje motywacje:

 – Jako człowiek, który przeszedł całą ścieżkę samorządową – od radnego gminy, przez powiat, aż po sejmik – doskonale znam problematykę regionów. I od lat, na każdym z tych szczebli, a dziś w Sejmie, podnoszę ten sam kluczowy temat: potrzebę sprawiedliwej i stabilnej komunikacji regionalnej z resztą Polski. Nie zliczę, ile razy składałem już oficjalne interpelacje w sprawie dziurawej siatki połączeń kolejowych czy lotniczych – tłumaczy poseł Artur Łącki, przewodniczący zespołu parlamentarnego województwa zachodniopomorskiego.

– Dlatego sytuację z odwołanym lotem wykorzystałem z pełną premedytacją. Chciałem wywołać wstrząs i pokazać Warszawie brutalną prawdę. Mniejsze porty regionalne i regiony oddalone od stolicy mają drastycznie gorszą pozycję startową. To jawna niesprawiedliwość. Moją świętą rolą jako posła jest walczyć o sprawy regionu, nawet jeśli wymaga to włożenia kija w mrowisko – dodaje parlamentarzysta.

Festiwal hipokryzji poprzedniej władzy i zapaść przemysłu

Dzisiejsze oburzenie polityków PiS, którzy próbują kpić z wpisu posła Łąckiego, to podręcznikowy przykład politycznej amnezji i głębokiej hipokryzji. Przez osiem lat swoich rządów to właśnie to ugrupowanie centralizowało transport kosztem regionów. Szczecin był jedynym tak dużym miastem wojewódzkim, do którego władza nie potrafiła doprowadzić linii Pendolino – kuriozalny fakt, że luksusowy pociąg omijał stolicę regionu i jechał do Kołobrzegu, nikomu w Warszawie nie przeszkadzał. Siatka lotów regionalnych była systematycznie marginalizowana kosztem centralistycznych, medialnych projektów (jak CPK), z których dla mieszkańców Polski powiatowej niewiele wynikało.

Szczytem transportowego dogmatyzmu poprzedniej władzy była sprawa lotniska w Heringsdorfie, położonego tuż obok Świnoujścia. Kiedy lokalny biznes, hotelarze i samorządy szukali nieszablonowych rozwiązań, by ułatwić skomunikowanie odciętej wyspy ze światem, politycy PiS z powodów czysto ideologicznych zablokowali jakiekolwiek rozmowy o wykorzystaniu tego portu. A przecież bezpośrednie loty na Heringsdorf z Lublina, Krakowa czy Rzeszowa pozwoliłyby Świnoujściu stać się w pełni konkurencyjnym dla silnego turystycznie Gdańska. Przez upór centrali turyści z południa i wschodu Polski są zmuszeni latać na Pomorze Gdańskie, przez co Pomorze Zachodnie w sposób naturalny przegrywa batalię o ten kluczowy sektor gospodarki. Poprzednia ekipa nie miała zamiaru pozwolić, by lądowały tam samoloty obsługujące ruch do Polski. Zamiast ułatwić życie mieszkańcom i turystom, woleli rzucać hasła o suwerenności, skazując region na komunikacyjną izolację. To pokazuje, że dla tamtej władzy transport nie był narzędziem rozwoju, lecz polem do politycznych wojenek.

Co gorsza, rzekoma „walka z wykluczeniem” w wykonaniu poprzedniej ekipy poniosła totalną klęskę gospodarczą w skali całego kraju. PiS nie tylko nie stworzył stabilnej siatki połączeń lokalnych, ale doprowadził do zapaści krajowy przemysł transportowy. Zamiast budować silną, polską flotę pojazdów, rządzący kompletnie nie zadbali o zlecenia dla krajowych firm produkujących autobusy w Bydgoszczy czy Sanoku.
Efekt? Krajowe, zasłużone marki zostały odcięte od państwowych kontraktów i strategicznego wsparcia. To za rządów PiS upadł m.in. polski Ursus Bus, a rodzime fabryki, zamiast dostarczać nowoczesny tabor dla wykluczonych komunikacyjnie gmin, musiały walczyć o biologiczne przetrwanie. Flagowy program FRPA (tzw. PKS+) okazał się w wielu miejscach kraju pustą obietnicą i fikcją na plakatach, bo mniejsze miejscowości jak stały odcięte od świata, tak stały nadal.

Nowa ustawa szansą na ogólnopolski przełom

Wywołana przez posła KO medialna burza idealnie zbiega się w czasie z kluczowym sukcesem w Sejmie i batalią o nową ustawę transportową, w którą poseł Łącki jest mocno zaangażowany. Nowe przepisy Ministerstwa Infrastruktury (forsowane m.in. przez Dariusza Klimczaka i Stanisława Bukowca) wreszcie odcinają się od błędów i bierności poprzedników, wprowadzając rewolucję w skali kraju.

Uchwalone prawo wprowadza sztywne, ustawowe standardy dla całej Polski: obowiązkowe stałe połączenia (min. 4 pary kursów w dni robocze) łączące gminy z powiatami, rewolucyjny transport na żądanie mniejszymi autami w wyludniających się regionach oraz kluczową rolę marszałków województw jako „integratorów”, którzy mają spiąć rozkłady autobusów i kolei w jeden, płynnie działający krwiobieg. Co niezwykle istotne – państwowe dopłaty będą powiązane z wymogiem nowoczesnego taboru (od 2028 r. autobusy nie mogą być starsze niż 20 lat), co daje realną szansę na odbudowę rynku produkcyjnego i nowe zlecenia dla krajowego przemysłu.

Choć tu na mapie Polski pozostaje pewien niedosyt – wielka szkoda, że nie ma już rządowej fabryki autobusów ARP EV z Bydgoszczy, która produkowała nowoczesne autobusy elektryczno-wodorowe. Aż trudno uwierzyć, że ministrowie Sikorski i Gawkowski, wywodzący się przecież z tamtego regionu, nie zdołali jej uratować.
Dla samej Polski regionalnej to wciąż dopiero początek drogi. Oczywiście możemy latami czekać na supernowoczesne pociągi Kolei Dużych Prędkości, ale realne działania na rzecz mieszkańców i turystów trzeba wdrożyć tu i teraz, optymalizując to, czym już dysponujemy. Dlaczego dzisiaj nie można zrobić tak, by pociągi dalekobieżne zatrzymywały się w Wolinie? Umożliwiłoby to tamtejszym mieszkańcom bezpośredni dojazd do Krakowa, Lublina czy innych części kraju. Z kolei turyści przyjeżdżający w te rejony mogliby bez trudu podróżować lokalnie z Wolina do nadmorskich kurortów, takich jak Międzywodzie, Rewal czy Wisełka.

Niestety, zamiast logicznych rozwiązań wciąż zmagamy się z logistyczną fikcją. Jej jaskrawym przykładem jest chociażby brak bezpośredniego pociągu relacji Szczecin–Zakopane w trakcie roku szkolnego. Przez to dzieciaki z Podhala nie mają jak przyjechać na Pomorze Zachodnie w ramach wycieczek szkolnych – zamiast tego jadą do Gdańska. Z tego samego powodu młodzież ze Szczecina ma odciętą prostą drogę do Zakopanego, by zwiedzić jedno z najważniejszych, historycznych miejsc w kraju. Tak to po prostu nie powinno wyglądać w jednym z czołowych i najlepiej rozwijających się państw współczesnego świata.

Czy ten nietypowy „happening” przyniesie skutek?

Wpis posła Łąckiego, choć wywołał zaplanowane kontrowersje, obnażył brutalną prawdę: system transportowy w Polsce musi być przewidywalny i niezawodny dla każdego – od pracownika fabryki dojeżdżającego do pracy, przez młodzież spieszącą do szkół, przedsiębiorców, aż po parlamentarzystę udającego się na sejmowe głosowanie.
Jeśli ta nieszablonowa, odważna akcja sprawi, że Ministerstwo Infrastruktury oraz zarządcy narodowych przewoźników (PLL LOT i PKP Intercity) spojrzą na polskie regiony nie jak na odległe peryferia, ale jak na kluczowe i dynamiczne ogniwa gospodarcze kraju, to cel posła został w stu procentach osiągnięty. Warszawa dostała głośną lekcję z terenu – lekcję, z której centralni urzędnicy muszą teraz wyciągnąć natychmiastowe wnioski, zanim Polska regionalna straci kolejne szanse rozwojowe.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.