Teresa Urbanowska: Niepoliczalne straty

Wiele lat temu (jeszcze w kadencji burmistrza Jerzego Mikulskiego) w Wołominie toczyła się dyskusja odnośnie ściągnięcia nowych inwestorów. Wówczas w Wołominie – podobnie jak dziś w Kobyłce – różne gremia lokalne miały własne – często ze sobą sprzeczne – pomysły, na rozwiązanie tego, czy innego problemu.
Największym problemem w przypadku obu wymienionych gmin jest fakt, że przysłowiowy „dym” rozpoczyna się w sytuacji, gdy podjęte zostały już decyzje i wydatkowane środki publiczne bądź prywatne. Następuje nagłe przebudzenie. Zaczyna się, kosztowna na ogół, dyskusja – oczywiście w trosce o gminne finanse rusza lawina z dobrymi radami od „wszystkowiedzących ekspertów” coraz częściej powodując zniechęcenie do inwestowania w gminach naszego powiatu
Gdy jednak pojawia się zaproszenie do udziału w konsultacjach, nasza społeczna aktywność staje maleje. Bo godziny nie takie, informacji nie było, nikt nie poprosił.
Prosząc o opinię ekspertów analizujących rynki inwestycyjne, wielokrotnie słyszałam, że przez takie awanturnicze działania inwestorzy odpuszczają sobie lokalizację poważnych przedsięwzięć w powiecie wołomiński – wówczas mówiło się głównie o Wołominie.
Kilka dni temu, słuchając wypowiedzi podczas II części posiedzenia Rady Miasta Kobyłka, nie mogłam się oprzeć wrażeniu, że jeśli miasto (czyt. Radni) zdecydują się na realizację II etapu inwestycji Kobyłka Dom, to nie będzie łatwo do tej inwestycji przekonać ani inwestora ani wykonawców.
Kobyłka ma za sobą doświadczenie adaptacji budynku handlowego pod funkcje kulturalne – to dzisiejszy MOK. Gdy do sprzedaży pojawił się duży, jak na zasoby tego miasta obiekt, niezbyt kosztowny i świetnie zlokalizowany – przejęcie go przez miasto było, na tamten czas, jedynym sensownym rozwiązaniem zapewniającym miejsca dla działalności MOK. Miasto nie posiadało wystarczającej ilości środków, aby dokonać adaptacji obiektu poprzedzonej gruntownym remontem. Prowadzono więc punktową modernizację metodą gospodarczą. Czy to była decyzja zła? Moim zdaniem dobra bo tylko taka, biorąc pod uwagę możliwości finansowe, dawała szansę na stworzenie miejsca pod działalność kulturalną.
Zasoby finansowe gminy jak też potrzeby miasta związane z rozbudową infrastruktury nie pozwalały na nic więcej.
Dziś w sytuacji, kiedy pojawiła się możliwość stworzenia biblioteki, dla której przygotowano rozwiązania pod realizację konkretnych funkcji, dziwi próba stworzenia w tym miejscu… przychodni zdrowia. Zmiana funkcji lokalu z bibliotecznej na funkcję przychodni zdrowia, jak proponowali niektórzy radni – jeśli okazałaby się możliwa, pochłonęła by dodatkowe fundusze o czym wszyscy zostali poinformowani. Ale co to szkodzi narobić trochę rabanu. Nie wszyscy zaakceptowali fakt, że przeniesienie biblioteki pozwoli rozwiązać wiele problemów – również dotyczących funkcjonowania służby zdrowia na dodatek bez specjalnie wysokich nakładów. Jednak plan przeprowadzek przedstawiony przez burmistrz Edytę Zbieć zyskał chyba aprobatę większości radnych bowiem decyzja o przejęciu została podjęta.
Jaki jest koszt wielomiesięcznej dyskusji – pracy administracji gminnej, poświęcony czas, który można było przeznaczyć na pracę koncepcyjną, na pisanie projektów czy na podejmowanie nowych inicjatyw?
Nikt tego nigdy nie policzy. A szkoda!

Komentarze

komentarzy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.