Igor Sulich: O alergii samorządowej i genie świadomości obywatelskiej

sulich

W ostatni weekend maja, w pobliskiej Kobyłce odbył się piknik rodzinny, będący zwieńczeniem uroczystości związanych z pięćdziesiątą, czy też jak niektórzy twierdzą, czterdziestą dziewiątą rocznicą nadania praw miejskich. Niby piknik, jak piknik, ale… jeszcze tego samego dnia rozpoczęła się, trwająca przez ostatnie dni, ożywiona dyskusja na temat stoiska, na którym to wynajmująca je organizacja zaprosiła w swoje gościnne progi „formację wyborczą – Wspólnie dla Kobyłki”, nowy byt organizacji i środowisk, planujących wystawić listę kandydatów w najbliższych wyborach samorządowych.
W przypadku wydarzenia w Kobyłce, regulamin organizatora dotyczący uczestnictwa i aktywności wynajmujących stanowisko, został naruszony. To fakt. Czy jakieś konsekwencje dla „winowajcy” będą? Zobaczymy.
Temat rozgrzał do czerwoności  zwolenników i przeciwników takiej postawy. Górę zdecydowanie wzięła grupa dyskutantów wykazujących ewidentne objawy „alergii samorządowej”, przejawiającej się energicznym artykułowaniem odrazy i swojej niechęci do reprezentantów ugrupowań samorządowych i przedstawicieli partii politycznych, tych samych, którzy w każdej z większych gmin tworzą organizacje ubiegające się o poparcie wyborców.
Wnioski z ankiety, w której wzięło udział ponad 200 Internautów, opublikowanej na forach mieszkańców Wołomina i Kobyłki są dość czytelne:
75% odpowiadających uznała, że imprezy masowe to nie czas i miejsce na tego typu promocję.
22% przyszło na piknik, po prostu zjeść watę cukrową i poszwendać się po stoiskach, które ich zainteresują.
3% uznało to za dobrą okazję spotkania się z osobami/organizacjami mającymi wpływ na rozwój, czy też ubiegającymi się o możliwość współdecydowania o rozwoju gminy.
Wynik nie był zaskoczeniem, jednak skala „choroby cywilizacyjnej” zwanej roboczo „alergią samorządową” martwi.
Problem braku zainteresowania, albo wręcz niechęci przeciętnego Kowalskiego, do tego co dzieje się z lokalnym samorządem, żeby nie napisać – lokalną polityką jest i nie maleje. Nauka dla próbujących dotrzeć z informacją o swojej działalności i zaprezentować się wyborcom też jest dość wymowna… jednak, czy tak nie powinno być?
29 lat temu, 4 czerwca 1989, odbyły się pierwsze, częściowo wolne, wybory, cieszono się z możliwości samo, czy też współdecydowania o Polsce. Dziś zamiast bliżej jesteśmy dalej.
Żyje w nas, jako społeczeństwie gen wstrętu do samorządności, albo może nadal u większości nie przebił się jako dominujący gen świadomości obywatelskiej?
Ludzie boją się, albo omijają to, czego nie znają. Skoro nie znają tych, na których mają głosować, to dlatego też frekwencja wyborcza jest nadal, po tych prawie 30 latach, znacznie poniżej oczekiwań. Dlatego może warto byłoby nad nią popracować właśnie chociażby w ten sposób, umożliwiając prezentację osób i ich poglądów mieszkańcom aktywnie uczestniczącym w życiu miasta i organizowanych wydarzeniach kulturalnych. Uważam, że od nachalnej agitacji, lepsza jest obecność i informacja.
Być może takie bliskie spotkania z przyszłymi kandydatami, przy „gorącym politycznym stoisku”, wpłynie na to, że przestaniemy wybierać przypadkowych ludzi, którzy w naszym imieniu zarządzają wspólnym majątkiem wartym setki milionów złotych.
Negatywne nastawienie i podejście należy zmieniać i nie jest to głoszenie jakichś herezji. Namioty i stoiska organizacji samorządowych i politycznych na ogólnodostępnych publicznych imprezach? Tak dzieje się od lat, w innych miejscach, chociażby w powiecie legionowskim – czy wyszło im to na dobre? Można pojechać i sprawdzić samodzielnie.

Komentarze

komentarzy

Jedno przemyślenie nt. „Igor Sulich: O alergii samorządowej i genie świadomości obywatelskiej

  1. Bardzo mądre słowa, tylko przywiązanie polityczne autora daje do myślenia.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.