„Na zielonej Ukrainie, tam gdzie rzeka…” Liwiec płynie

Flag of Ukraine

Jak wieść gminna głosi  podobno we Lwowie łatwiej się dogadać po polsku niż w centrum handlowym w Warszawie, a już z pewnością niż w sklepie spożywczym w naszym powiecie.

Lud bowiem w Polsce zamożny (?) się zrobił i na weekendowe wypady, zamiast kulturalnie pod GS-sem winka spijać za podobne pieniądze może sobie w cywilizowanych warunkach pobalować po stronie ukraińskiej.

Jak się to ma do naszego powiatu? Może centrów handlowych w warszawskich rozmiarach za dużo nie mamy (z wyjątkiem wołomińskiej galerii), ale ze śpiewnym akcentem spotykamy się w znakomitej większości sklepów spożywczych i lokalnych busach. Raz nawet zawitał do nas kurier ze znanej światowej firmy spedycyjnej, który z językiem polskim miał niejakie problemy. Na budowach w powiecie również królują pracownicy z Ukrainy. I oczywiście pojawia się pytanie „a czy to dobre dla nas?”.

A to wszystko zależy od punktu widzenia. Jeżeli patrzeć z punktu widzenia właścicieli sklepów, czy  klientów i to jest to pozytywne zjawisko, bo dzięki niższym kosztom pracy lokalni pracodawcy są w stanie konkurować z wielkimi sieciami ceną. Gorzej, kiedy sami poszukujemy pracy w którymś z wymienionych zawodów i proponowane wynagrodzenie jest mało atrakcyjne dla nas, ale już atrakcyjne dla przybyszów znad Dniepru i Prypeci.

Pojawiają się obawy co do praworządnego zachowania naszych gości, bo tu i ówdzie słychać plotki o zwiększonej przestępczości, tej drobnej i zupełnie nie drobnej, w jaką zaangażowani są Ukraińcy.
Cóż, ale możemy się poczuć dowartościowani, że polska gospodarka ma się na tyle dobrze, że stajemy się interesującym kierunkiem imigracji zarobkowej dla Ukraińców czy Białorusinów.
A nocne pijackie śpiewy nie są domeną tylko robotników budowlanych z Ukrainy, bo i naszym, lokalnym nocnym „zapiewajłom” niczego w tej materii nie brakuje, tylko repertuar nieco uboższy.

W  czasach globalizacji rynku pracy możemy się choć przez chwilę poczuć jak Anglicy czy Holendrzy, dla których zderzenie z polską siłą roboczą jest równie ciekawe.
W przypadku Ukraińców czy Białorusinów mamy jedna przewagę nad Zachodem – żyliśmy jeszcze  kilkadziesiąt lat temu jednym bloku państw. I dlatego nie mam problemów z napływem ludzi zza Bugu, jeśli tylko płacą tu podatki i wiążą swoją przyszłość z Polską. Albo nawet jeżeli nie wiążą, to jest szansa na to, że wywiozą stąd jakieś miłe wspomnienia.
I uważam za tysiąckroć lepszą sytuację, kiedy przyjeżdżają do nas Słowianie, o tym samym kodzie kulturowym, niż mieliby się pojawić „kwotowi” nachodźcy przysłani w ramach „solidarności europejskiej” decyzją Brukseli.
Podobnie nie przeszkadza mi rosnąca w siłę diaspora Sikhów, gdyż są to z reguły świetni ludzie (z którymi miałem okazję pracować) i nie będą próbowali nikogo nawracać. Ciekawostką bowiem w kulturze i religii sikhijskiej jest fakt, że Sikhem można się tylko urodzić, a „nawracanie” dotyczy tylko tych Sikhów, którzy odeszli od wiary przodków. Poza tym nasi Sikhowie szybko się asymilują. Skąd wiem?
Bo wczoraj serdecznie przywitało się ze mną na ulicy jednego z miast naszego powiatu małżeństwo Sikhów mówiąc całkiem niezłą polszczyzną „cześć, dzień dobry”.

fot: freepik.com

Komentarze

komentarzy

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.